7500 zł za milczenie wobec CANARD - dlaczego brak odpowiedzi na pismo kosztuje kierowcę najwięcej?

7500 zł za milczenie wobec CANARD - dlaczego brak odpowiedzi na pismo kosztuje kierowcę najwięcej?

Zdjęcie z fotoradaru to dopiero początek. Prawdziwe pieniądze zaczynają się wtedy, gdy przychodzi pismo z CANARD, a kierowca chowa je do szuflady. Wtedy zamiast mandatu na kilkaset złotych rachunek potrafi urosnąć nawet do 7500 zł. Brak odpowiedzi z CANARD to dziś najdroższy z możliwych wariantów.

CANARD, czyli Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, działa w strukturze Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. To pod nie podlega sieć stacjonarnych fotoradarów, odcinkowych pomiarów prędkości i rejestratorów przejazdu na czerwonym świetle. Urządzeń wciąż przybywa, a system rejestruje wykroczenia bez udziału policjanta na drodze.

Skąd bierze się 7500 zł za brak odpowiedzi z CANARD?

Kiedy fotoradar złapie przekroczenie prędkości, właściciel pojazdu dostaje pismo. W środku jest zdjęcie, opis wykroczenia i formularz. Kierowca ma zwykle 30 dni na reakcję. Może przyjąć mandat, jeśli sam prowadził, albo wskazać osobę, która siedziała za kierownicą.

Problem zaczyna się przy trzeciej opcji, czyli milczeniu. Właściciel auta ma prawny obowiązek wskazać kierującego. Jeśli tego nie zrobi i nie poda żadnych danych, popełnia osobne wykroczenie z artykułu 96 paragraf 3 Kodeksu wykroczeń. A za to grozi grzywna sięgająca 8000 zł.

Skąd konkretna kwota 7500 zł? To realny scenariusz, gdy sprawa trafia do sądu. Składa się na nią grzywna za samo niewskazanie kierowcy oraz koszty postępowania sądowego, które dokłada się do rachunku. W praktyce sądy zasądzają kwoty rzędu kilku tysięcy złotych, a łączny koszt bywa wielokrotnie wyższy od pierwotnego mandatu za prędkość.

Ile realnie kosztuje sam mandat za prędkość?

Porównanie jest bezlitosne. Za przekroczenie prędkości fotoradar może wystawić mandat od 50 zł do 2500 zł, a przy recydywie nawet do 5000 zł. Do tego dochodzą punkty karne. To i tak sporo, ale w wielu przypadkach chodzi o kwotę kilkuset złotych.

Milczenie odwraca tę matematykę. Zamiast zapłacić za konkretne wykroczenie, kierowca naraża się na grzywnę za odmowę współpracy z organem. Sąd nie ocenia już, czy jechałeś 60 czy 90 km/h. Karze za to, że nie wskazałeś, kto prowadził.

Co zrobić, gdy przyjdzie pismo z CANARD?

Najgorsze, co można zrobić, to schować kopertę i liczyć, że sprawa sama zniknie. Nie zniknie. Po upływie terminu CANARD kieruje wniosek o ukaranie do sądu, a wtedy koszty rosną.

Masz trzy sensowne ruchy. Pierwszy - jeśli to Ty prowadziłeś, przyjmij mandat. Drugi - jeśli autem jechał ktoś inny, wypełnij formularz i wskaż tę osobę wraz z jej danymi. Trzeci - jeśli naprawdę nie jesteś w stanie ustalić kierowcy, możesz to oświadczyć, ale przygotuj się, że organ i tak może próbować obarczyć Cię odpowiedzialnością.

Odpowiedź w terminie prawie zawsze wychodzi taniej niż jej brak. Nawet jeśli decyzja jest niewygodna, warto potraktować pismo poważnie od pierwszego dnia.

Dlaczego kierowcy wpadają w tę pułapkę?

Część osób zwyczajnie nie odbiera awiza albo gubi termin. Inni świadomie próbują przeczekać, licząc na przedawnienie. To ryzykowna gra, bo urzędnicy pilnują terminów, a system jest coraz szczelniejszy.

Rośnie też liczba samych urządzeń pomiarowych. Więcej fotoradarów i odcinkowych pomiarów oznacza więcej pism i więcej okazji, żeby popełnić kosztowny błąd przez zwykłe zaniedbanie. Dla kierowcy wniosek jest prosty. Zdjęcie z fotoradaru boli, ale ignorowanie listu z CANARD boli znacznie bardziej.

Ubezpiecz swoje auto OC/AC

Porównaj oferty i oszczędź nawet do 50%