Więzienie za przekroczenie prędkości? Rząd ma projekt, który przeraża kierowców

Więzienie za przekroczenie prędkości? Rząd ma projekt, który przeraża kierowców

Za nogę zbyt mocno wciśniętą w podłogę można trafić nie tylko na mandat, ale i za kratki. Tak w skrócie wygląda pomysł, który pojawił się w rządowym projekcie zmian w przepisach. Więzienie za przekroczenie prędkości brzmi jak nagłówek z zagranicy, a to całkiem realna propozycja dla polskich kierowców. Nic dziwnego, że wywołała burzę.

Co dokładnie zakłada nowy projekt?

Sedno zmian jest proste. Najbardziej rażące łamanie przepisów o prędkości miałoby przestać być zwykłym wykroczeniem, a stać się przestępstwem. A za przestępstwo grozi już nie tylko mandat i punkty, lecz realna odpowiedzialność karna.

W skrajnych przypadkach w grze jest nawet pięć lat pozbawienia wolności. Mowa o sytuacjach, gdy kierowca pędzi znacznie ponad limit, stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla życia innych. Do tego dochodzą wyższe grzywny i dłuższe zakazy prowadzenia pojazdów.

Projekt uderza też w prosty sposób na unikanie odpowiedzialności. Chodzi o pożyczanie i wypożyczanie auta. Jeśli właściciel nie wskaże, kto siedział za kierownicą w chwili wykroczenia, ma grozić mu kara sięgająca nawet 30 tys. zł. To ma zamknąć furtkę, z której korzystają kierowcy zasłaniający się tym, że "pojazd prowadził ktoś inny".

Kogo najmocniej dotkną zmiany?

Najwięcej do stracenia mają recydywiści. Kierowcy, którzy wielokrotnie łapią te same, poważne przekroczenia, mieliby odczuć nowe przepisy najboleśniej. Twórcy projektu argumentują, że dotychczasowe mandaty i punkty na część piratów drogowych po prostu nie działają.

Ale w praktyce ryzyko dotyczy szerszej grupy. Wypożyczanie samochodu rodzinie czy znajomym to codzienność. Nowe zasady oznaczają, że oddając komuś kluczyki, warto mieć pewność, kto i kiedy jeździł autem. W razie kontroli to właściciel będzie musiał wskazać sprawcę, inaczej ryzykuje wysoką karą finansową.

Statystyki tłumaczą, skąd taki pomysł. Nadmierna prędkość od lat jest jedną z głównych przyczyn śmiertelnych wypadków na polskich drogach. Rząd chce pokazać, że najgroźniejsze zachowania za kółkiem będą traktowane jak realne przestępstwo, a nie drobne potknięcie.

Eksperci nie zostawiają na projekcie suchej nitki

Zapowiedź szybko spotkała się z ostrą reakcją specjalistów od prawa drogowego. Zarzuty są konkretne. Po pierwsze, granica między wykroczeniem a przestępstwem bywa nieostra, a od jednego pomiaru radaru miałaby zależeć groźba więzienia.

Po drugie, eksperci wskazują na jakość samych pomiarów prędkości i możliwość odwołania. Skoro stawką ma być odpowiedzialność karna, urządzenia i procedury muszą być bez zarzutu. Inaczej łatwo o pomyłkę, która kosztuje kogoś czystą kartotekę.

Pojawia się też argument, że polskie sądy i tak są przeciążone. Przeniesienie części spraw drogowych do postępowań karnych może je zapchać jeszcze bardziej. Krytycy pytają wprost, czy zamiast surowszych kar nie skuteczniejsze byłyby lepszy nadzór i konsekwentne egzekwowanie już istniejących przepisów.

Kiedy przepisy mogą wejść w życie?

Na razie to projekt, a nie obowiązujące prawo. Przed nim jeszcze ścieżka legislacyjna, konsultacje i głosowania. W tym czasie zapisy mogą się jeszcze mocno zmienić, bo skala krytyki jest spora.

Dla kierowców wniosek jest jeden. Kierunek zmian jest jasny, a za najcięższe przewinienia na drodze ma być drożej i groźniej niż dziś. Warto śledzić dalsze prace nad ustawą, zwłaszcza jeśli często pożyczasz komuś samochód albo lubisz mocniej docisnąć gaz.

Jeżeli projekt przejdzie w obecnym kształcie, zmieni się nie tylko wysokość kar. Zmieni się sposób myślenia o prędkości na drodze, bo z drobnej wpadki może zrobić się sprawa karna z wpisem do rejestru.

Ubezpiecz swoje auto OC/AC

Porównaj oferty i oszczędź nawet do 50%